wtorek, 14 sierpnia 2012

Hedwig (Jadwiga) Courths-Mahler "Sinobrody"


Recenzja nr 19
Sinobrody z Różanki

Nie jestem typem czytelnika, który pochłania jedynie ambitną literaturę, a tę mniej wyszukaną - przekreśla. Nie wstydzę się też tego, że od czasu do czasu lubię poczytać sobie romanse. Co więcej, uważam, że wśród tego gatunku możemy znaleźć naprawdę przyjemne, choć najczęściej przewidywalne czytadełka, takie baśnie dla trochę starszych dziewczynek, do których się zaliczam, napisane może nie z nie wiadomo jakim polotem, ale jednak na swój sposób interesujące. Piszę to wszystko dlatego, by pokazać, że moje słowa, które za chwilę przeczytacie, nie są spowodowane uprzedzeniem do tego rodzaju literatury, ani też wygórowanymi oczekiwaniami względem niej.

Autorka Sinobrodego nie była mi wcześniej znana. Hedwig Courths-Mahler (na okładce czytanej przeze mnie powieści widnieje pierwsza litera polskiego odpowiednika jej imienia - Jadwiga) była Niemką. Urodziła się w 1867 r. w Nebra (Unstrut), a zmarła w 1950 r. w Rottach-Egern. Napisała czterdzieści dwie książki (tylu się przynajmniej doliczyłam). Jej powieści (głównie romanse) były tłumaczone na język polski jeszcze przed wybuchem II wojny światowej. Po jej zakończeniu i zmianach ustrojowych zostały... objęte cenzurą i wycofane ze wszystkich bibliotek (nie mam pojęcia, w jaki sposób mógłby zaszkodzić jedynemu słusznemu ustrojowi na przykład taki Sinobrody, jednak jak wiemy, w tamtych czasach podejmowano wiele absurdalnych decyzji).

Astrid to dwudziestokilkuletnia piękna dziewczyna, która przed laty straciła najpierw ojca (czy raczej, jak się potem okazało - ojczyma), a potem ukochaną matkę. Zarabia na swoje utrzymanie jako sekretarka słynnej pisarki. Niestety, z powodu coraz bardziej nachalnych zalotów męża swoje pracodawczyni, zmuszona jest do zmiany miejsca pracy. Odpowiada na ogłoszenie uznanego architekta i wkrótce dostaje od niego zaproszenie. Wyrusza do urokliwej miejscowości Różanka, w której znajduje się dom jej nowego pracodawcy. Bardzo szybko zyskuje sobie sympatię jego młodszej córki, a następnie pozostałych domowników. Podczas rozmów dowiaduje się o krążących po okolicy plotkach, dotyczących nowego właściciela wspaniałego zamku znajdującego się nieopodal. Według mieszkańców Różanki doktor Rodeck, okrzyknięty Sinobrodym, przetrzymuje w zamczysku dwie kobiety, które brane są za żony mężczyzny. Wiadomo, że przez pewien okres przebywał w Indiach i właśnie po powrocie z tamtego kraju osiadł w odkupionej od zadłużonego dziedzica posiadłości. Astrid oczywiście nie wierzy w te wszystkie pogłoski, wkrótce bliżej poznaje mężczyznę i zakochuje się w nim. Przez przypadek dowiaduje się także, kto był jej prawdziwym ojcem.

Sam pomysł na pokazanie historii człowieka skrywającego jakąś tajemnicę z przeszłości i wykluczonego przez społeczeństwo nie był naprawdę zły. Gdyby fabuła została pokierowana inaczej, mogłaby powstać nawet przyzwoita książka. Niestety, samo rozwiązanie tej zagadki, sam opis wydarzeń, które rozegrały się w Indiach, jest rodem z jakiegoś kiepskiego serialu południowoamerykańskiego. Zdaje się, że autorka nie znała za bardzo realiów panujących w tamtym kraju (ciągle przewijają się określenia w stylu pewne bóstwo, tajemniczy rytuał - same ogólniki). Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie włożyła tych wątpliwych historii w usta doktora Rodecka, który podobno miał być wielkim znawcą tamtejszej kultury, używałby więc bardziej fachowego słownictwa i znałby więcej szczegółów. Dorzućmy do tego jeszcze wątek odnalezienia ojca Astrid przywodzący na myśl serial Moda na sukces (tak, zdarzyło mi się obejrzeć kilka odcinków, więc wiem, o czym piszę).

Niestety, to nie koniec mojego pastwienia się nad książką. Muszę jeszcze wspomnieć o ckliwych opisach rodem z pamiętnika nadwrażliwej nastolatki (sama tak kiedyś pisałam, popełniłam nawet kilkanaście wierszy, na widok których uśmiecham się teraz z politowaniem), do bólu sztucznych dialogach (na szczególną uwagę przy tej okazji zasługuje m.in. rozmowa z odnalezionym ojcem) oraz o ubogim słownictwie. Powtórzenie powtórzeniem powtórzenie pogania i jest to norma, a nie pojedyncze wpadki. Nie wiem, czy jest to wina tłumaczenia, czy oryginalnego tekstu.

Szkoda, bo gdyby poprowadzić fabułę nieco inaczej (zmienić lub napisać zupełnie od nowa historię tego, co wydarzyło się w Indiach), poprawić styl, usunąć niektóre wątki (m.in. ten dotyczący odnalezienia ojca), byłoby z tego z pewnością nie wybitne, ale nawet przyjemne czytadło. Nie chcę zgadywać, co kryje w sobie pozostałe czterdzieści jeden (jak widać ilość często nie przechodzi w jakość) książek pani Courths-Mahler. Wolny czas wolę poświęcić na inne powieści i Wam radzę to samo. 

Hedwig (Jadwiga) Courths-Mahler, "Sinobrody", Wydawnictwo Akapit, 1990 (dane te pochodzą z internetu, ponieważ w egzemplarzu czytanym przeze mnie brak strony tytułowej, z tego też powodu nie udało mi się dotrzeć do nazwiska tłumacza).

P.S. Mam nadzieję, że fundatorka nagrody (książkę wygrałam w konkursie) nie poczuje się urażona tą recenzją. :)

18 komentarzy:

  1. Ta autorka ma taki styl pisania niestety:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skoro tak, to już na pewno nie przeczytam żadnej z pozostałych 41 książek. :D Zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że trafiło się akurat na jakiś nieudany eksperyment autorki. Dzięki Tobie wiem, że w tym przypadku raczej tak się nie stało. :D

      Usuń
    2. Tak jak jest z Mniszkówną,albo się je lubi z całym dobrodziejstwem inwentarza, albo nie. Ja akurat Courths-Mahler lubię, pośmieję się zawsze przy jej książkach, choć oczywiście nie do śmiechu były pisane:0

      Usuń
    3. Ja bym pewnie i pośmiała (tak samo dla śmiechu można czasem obejrzeć "Modę na sukces"), za bardzo raziło mnie jednak ubogie słownictwo, powtórzenia. Zapewne jest to wina tłumaczenia.

      Co do Mniszkówny - "Trędowatą" i "Ordynat Michorowski" czytałam w liceum i wtedy mi się podobały. Ciekawe, jak odebrałabym je teraz. Może wrócę do nich w ramach wyzwania. :)

      Usuń
    4. Trędowata jest super:0 Też ją sobie wyciągnę z zakamarków biblioteczki:)

      Usuń
  2. Ja lubię ckliwe romanse i mam się dobrze.Tyle tylko,że kiepskie tłumaczenie zniszczy każdą ksiązkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, jak napisałam na początku - również lubię romanse. Ckliwe historie nie są mi obce (choćby uważana przez wielu za taką "Mała księżniczka"). Gdyby nie było tylu powtórzeń, banalnych sformułowań, książkę na pewno oceniłabym lepiej. :)

      Usuń
  3. Wczoraj jeszcze myślałam, że może to być ciekawa pozycja. Dzisiaj dzięki Tobie już wiem, że nie warto po nią sięgać :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno jest wiele lepszych książek tego rodzaju. Przynajmniej moim zdaniem. :)

      Usuń
  4. Szkoda, że książka Ci się nie spodobała. Oprócz tego, że jestem ciekawa co wydarzyło się w Indiach - tak dokładnie - to do książki mnie nie ciągnie. Oprócz tej małej tajemnicy wydaje się zwykła powieścią, jak ich wiele.

    Oczywiście, że nie mam nic przeciwko Twojej recenzji. Cieszę się, że nie słodziłaś i napisałaś to co myślisz o pozycji. Cieszy mnie w ogóle to, że ją przeczytałaś. Na moim blogu właśnie jest nowe losowanie, więc jeżeli jeszcze o nim nie czytałaś, to zapraszam.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Napisałabym, co wydarzyło się w Indiach, nie chciałam jednak spojlerować (może akurat ktoś przeczyta). :D Tak, jak pisałam, dużo złego zrobiło tragiczne tłumaczenie, był to przysłowiowy gwóźdź do trumny. Gdyby nie to, pewnie faktycznie uznałabym ją za zwykłą powieść jakich wiele (no, z kilkoma niepotrzebnymi moim zdaniem wątkami, już brak wątku odnalezionego ojca zrobiłby jej bardzo dobrze). A to, że ją przeczytałam oznacza, że jednak byłam ciekawa, co to za tajemnica (jak można się domyślić, w szczegółach poznajemy ją przy końcu powieści). Odkrycie jej niestety mnie zawiodło.

      Pozdrowienia! :-)

      Usuń
  5. Skoro tak opisałaś tę książkę, już wiem że po nią nie sięgnę. W sumie trochę szkoda tych wad - sam pomysł na fabułę jest całkiem niezły..
    A co do czytania ambitnej literatury - uważam, że nie można czytać jedynie bardzo mądrych książek;) Od czasu do czasu trzeba też poznać coś lżejszego, choćby dla odprężenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to, równowaga musi być! :-)

      Usuń
  6. 41 książek? Nie wiem, czy miałabym tyle silnej woli, żeby przeczytać całość. Bo mowa tutaj o jednej serii liczącej 41 części, tak?
    Szkoda, że Ci się nie spodobało, ale już nieraz spotkałam się z dobrym pomysłem na powieść, który zginął gdzieś pośród tandetnych opisów, słabego rozbudowania akcji, nudnych bohaterów itp. Ostatnio czytałam dobrze obiecującą książkę pt. "Brzydcy", przy lekturze której musiałam pilnować się, żeby nie zasnąć xD
    written-by-bird.blogspot

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te 41 książek to cały dorobek autorki, nie jest to seria, zapewne nie są powiązane ze sobą (choć może niektóre i są, nie mam pojęcia i zapewne się już tego nie dowiem). :) Po prostu tyle powieści napisała w swoim życiu.

      Usuń
  7. Hehe, nareszcie jakaś negatywna recenzja ;) Nie żebym jakoś na nią specjalnie czekała, ale dopiero teraz, kiedy ją przeczytałam, zdałam sobie sprawę, że tutaj to pierwszy post, w którym książka jest zdecydowanie odradzana. Jak to mówią - pierwsze koty za płoty ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A chcesz wiedzieć, czemu negatywnych recenzji u mnie tak mało (poza tą książką, trochę skrytykowałam "Ładny gips", "Agatha Raisin" też mnie średnio do siebie przekonała)? Bo większość książek, które mi się nie podobają, nie kończę. Czasem porzucam już po kilkunastu stronach, czasem w połowie. A żeby napisać recenzję trzeba przeczytać publikację do końca. :D

      Usuń
  8. A wiesz, że zawsze miałam ochotę doczytać, kto zacz owa Courths- Mahler, ale jakoś nie wychodziło i właśnie dzięki Twojej notce mam nareszcie jakieś pojęcie o płodnej pani Jadwidze. A i jeszcze pochwalę się, no może nie ma czym, ale w moich okolicach są dwie Różanki - Stare Różanki i Nowe Różanki. Wprawdzie w nazwie liczba mnoga, ale to przecież szczegół :D

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie choć kilka słów w komentarzu. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...