czwartek, 11 października 2012

Wojciech Ulman "Bajki rzeszowskie"


Recenzja nr 31, Wojciech Ulman "Bajki rzeszowskie"

Niedaleko bloku, w którym mieszkam, bo po drugiej stronie ulicy, znajduje się mała księgarnia. Mijam ją praktycznie codziennie w drodze do sklepu i prawie za każdym razem muszę choć na chwilkę przystanąć, żeby pooglądać książki znajdujące się na wystawie. Pewnego dnia  w taki właśnie sposób zauważyłam Bajki rzeszowskie.

Dużą wagę przywiązuję do zapoznawania mojej córki z naszym regionem.  Oczywiście nie robię tego na siłę, ale staram się pokazywać jej naszą piękną okolicę i opowiadać różne historie z nią związane. Zaciekawiona więc zajrzałam do środka i po pobieżnym przewertowaniu książki kupiłam ją.

W kilka dni po kupieniu bajek postanowiłam poszukać w Internecie informacji o innych książkach autora. W taki sposób natrafiłam na ogłoszenie na stronie Zespołu Szkół w Rudnej Wielkiej, z którego dowiedziałam się, że za dwa dni miało się tam odbyć spotkanie autorskie z Wojciechem Ulmanem. Dzięki uprzejmości pracowników szkoły mogłam w nim wziąć udział. Zabrałam na nie książkę i teraz Karolinka ma w niej pamiątkową dedykację. Zdobyłam też inny zbiór opowiadań - Moje zwierzaki. Jak już wiecie z mojej relacji, po zakończeniu spotkania pan Wojciech podwiózł mnie do Rzeszowa. Miałam wtedy okazję do zadania mu kilku pytań.

Bajki rzeszowskie to zbiór następujących wierszowanych historyjek dla dzieci:

1. Smok rzeszowski
2. O dzielnym rzeszowskim kucharzu
3. Dziadek Franek
4. Serce Maryni
5. Rzeszowska lokomotywa

Autor łączy zasłyszane niegdyś legendy i anegdoty ze swoimi własnymi pomysłami. A wyobraźni i poczucia humoru na pewno mu nie brakuje! Z pierwszej opowieści dowiadujemy się, że znany wszystkim Smok Wawelski wcześniej przebywał w Rzeszowie. Atakował tutejszą ludność, a jego najgroźniejszą bronią był... wcale nie ogień wydobywający się z paszczy (choć to też), ale ohydny gaz wydostający się spod ogona. Kogoś może to bulwersować, dla mnie jest to wyjątkowo śmieszne. Podczas spotkania autorskiego, na którym byłam obecna, autor czytał właśnie tę bajkę i fragment o trującym gazie wywołał niemałe poruszenie (i oczywiście śmiech) wśród zebranych na widowni uczniów szkoły podstawowej (jakoś mnie to nie dziwi, taki wiek). 

Następnie poznajemy przygody dzielnego kucharza, któremu przyszło żyć w ciężkich czasach. Rzeszów został zajęty przez Szwedów. Podstępny i przebiegły Janek, który został najęty przez Szwedów do pracy w kuchni (dzięki swojej znajomości szwedzkiego języka) postanowił pod ich nieobecność przygotować iście popisowe danie, po zjedzeniu którego żołnierze uciekli z miasta.

Wiersz pt. Dziadek Franek mówi o tym, że warto marzyć i wierzyć w to, że marzenia te kiedyś się spełnią. Główny bohater utworu, starszy pan mieszkający na Staromieściu słynął wśród dzieci z robienia przepięknych modeli samolotów oraz latawców. Lubił także opowiadać bajki. Jego największym marzeniem było wznieść się wysoko, podobnie jak latawiec. I w końcu dopiął swego. Po powrocie dzielił się z dziećmi tym, co podobno podczas tej niebywałej przygody było jego udziałem.

Kolejny tytuł - Serce Maryni niemal od razu rzucił mi się w oczy. Określenie to jest mi znane od dziecka, jednak nigdy nie spotkałam drugiej osoby (poza rzecz jasna tymi z mojej rodziny), która by go używała. Wyglądać jak Serce Maryni, czy też ubrać się jak Serce Maryni znaczy u nas mniej więcej tyle, co odstawić się jak stróż w Boże Ciało, czyli założyć na siebie wszystkie najbardziej strojne ubrania i ozdoby i wyglądać przy tym dziwacznie, śmiesznie. Nie wiedziałam niestety, skąd wzięło się to powiedzenie. Historia opowiedziana przez pana Ulmana dotyczy żyjącej niegdyś i widywanej na ulicach Rzeszowa starszej kobiety, zwanej przez wszystkich Sercem Maryni, która słynęła właśnie z wyjątkowo krzykliwych i założonych bez ładu i składu strojów. 

Kiedy jakaś córka zbytnio się stroiła,
Wtedy do niej matka te słowa mówiła:
-Aleś się ubrała jak Serce Maryni!
Czy myślisz, że strój cię piękniejszą uczyni?

Poza tym niewiasta ta lubiła zmyślać różne historie na temat swojego życia. Twierdziła, że urodziła się na królewskim dworze, a do Rzeszowa przybyła z Rumunii. Innym razem opowiadała, że pochodzi z rodu Potockich. Lubiła też chwalić się, że była niegdyś z rodzicami w Anglii i tam rozkochała w sobie księcia Edwarda. Miałam okazję zapytać pana Wojciecha o to, skąd czerpał zawarte w tekście informacje. Byłam ciekawa, czy jest to jedynie efekt jego fantazji, czy historie te gdzieś zasłyszał. Okazało się, że według  Marka Czarnoty, popularnego u nas znawcy historii Rzeszowa i okolic, postać taka rzeczywiście istniała. Była wspominana przez wielu mieszkańców.

Książkę zamyka wiersz o rzeszowskiej ciuchci. Jest on pisany na wzór tego znanego nam wszystkim autorstwa Juliana Tuwima, a opowiada o starej lokomotywie, która obecnie stoi w okolicy ulicy Pawła Findera w Rzeszowie. Mojej córce właśnie ten wierszyk spodobał się najbardziej (choć podczas czytania musiałam pominąć niektóre - niezrozumiałe dla niej jeszcze - fragmenty dotyczące perypetii ciuchci podczas transformacji ustrojowych). Musiałyśmy też wyruszyć na poszukiwanie lokomotywy, bo Karolinka koniecznie chciała ją zobaczyć z bliska. Początkowo niestety nie wiedziałam, gdzie dokładnie się ona znajduje. Pokazał mi ją dopiero z okna swojego samochodu sam autor książki w drodze powrotnej ze spotkania autorskiego.




Zbiór wierszy wydany jest bardzo starannie, wspomnieć należy tu choćby o dobrej jakości papierze, czytelnej czcionce i kolorowych ilustracjach na każdej stronie (są one autorstwa pana Wojciecha). Natrafiłam na dwie literówki (czy też błędy, trudno to ocenić). W jednym miejscu wyraz kończy się na ą zamiast na ął (niestety teraz jak na złość nie mogę go odnaleźć), w innym - nazwisko Józefa Piłsudskiego napisane jest przez dz zamiast ds.

Mojej rodzinie książka ta bardzo się podobała. Owszem, znawcy poezji mogą zarzucić pisarzowi istnienie w publikacji rymów częstochowskich, niedokładnych, ale moim zdaniem celem autora nie było mierzenie się z Tuwimem czy Brzechwą, a podzielenie się zasłyszanymi historiami, opowiedzianymi w gawędziarskim stylu, jaki znany jest nam z amatorskich, ale jednak bardzo ciepłych rymowanek i wierszy zasłyszanych w dzieciństwie od siedzącego w bujanym fotelu seniora rodu. Wydaje mi się, że zbiór ten będzie najbardziej odpowiedni dla dzieci w wieku szkolnym. A i dla starszego przedszkolaka można tam znaleźć coś ciekawego (gdy pominie się niektóre fragmenty).

Wojciech Ulman, "Bajki rzeszowskie", Wydawnictwo Skrzat, Kraków 2012. Wydano nakładem autora.



5 komentarzy:

  1. Bajka o smoku jest fajna - najbardziej się córeczce podobała z powodu pierdzenia.
    Najbardziej wartościowa jest dla mnie bajka o Rzeszowskiej Lokomotywie. Nie słyszałem wcześniej jej historii, a jest ciekawa i dzięki tej książce więcej ludzi się o niej dowie, zechce ją zobaczyć i pamięć o niej nie zaginie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze, że zapoznajesz córkę z "małą ojczyzną", to bardzo ważne :) Powiem szczerze, że przez wiele lat nie doceniałam uroków Podkarpacia, a niektóre zaczęłam dostrzegać dopiero jak wyjechałam i mogłam spojrzeć na nie oczami przyjeżdżających do mnie znajomych z innych regionów. Trochę żal, że zauważyłam to tak późno...

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozglądnę się za tą książeczką, też chętnie z córką przeczytamy.

    OdpowiedzUsuń
  4. Moje młodsze rodzeństwo powinno być zachwycone.

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie choć kilka słów w komentarzu. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...