wtorek, 29 stycznia 2013

Renata Kosin "Bluszcz prowincjonalny"


Recenzja nr 62, Renata Kosin "Bluszcz prowincjonalny"

- Ty... ty jesteś bluszczem. Ale nie takim, który płoży się po ziemi, tylko takim, który wspina się po podporach. Owija się wokół nich i przybiera ich kształt, tracąc własny. Bez podpory w zasadzie nie potrafi istnieć. [1]

Bluszcz prowincjonalny to druga książka autorstwa Renaty Kosin. Jej debiutancka powieść Mimo wszystko Wiktoria bardzo przypadła mi do gustu. Ogromnie ucieszyła mnie więc wygrana w konkursie organizowanym przez samą pisarkę. Nagrodą było najnowsze dzieło autorki wraz z dedykacją.


Główną bohaterka, Anna Radecka, nie może pozbierać się po odejściu swojego męża Piotra. Ma wprawdzie wsparcie siostry, która specjalnie dla niej przyleciała na jakiś czas do Warszawy, ale to nie wystarcza. W końcu postanawia wraz z dwójką dzieci wyjechać w swoje rodzinne strony, do niewielkiej podlaskiej miejscowości Bujany. Mieszkający tam nadal rodzice z otwartymi ramionami przyjmują cierpiącą córkę. Anna odwiedzając znane z dzieciństwa miejsca, spotykając długo niewidziane osoby, sięga pamięcią w przeszłość. Ale czy ucieczka od problemów do domu rodzinnego  to dobra decyzja? A może to szukanie kolejnej podpory, bez której według własnej oceny nie istnieje?

Poza losami Anny poznajemy też perypetie jej przyjaciółek, rodziny i kilku mieszkańców Bujan. Książka nie wydaje się jednak przeładowana informacjami, cały czas na pierwszym planie jest Anna i jej życie. Tradycyjnie już Renata Kosin przemyca swoje przemyślenia na wiele ważnych tematów. Porzucanie zwierząt i znęcanie się nad nimi, problem dzieci, którymi zajmują się babcie, a rodzice pracują za granicą, alkoholizm, zaniedbywanie rodziny, adopcja, zdrada, cierpienie po stracie bliskiej osoby, to tylko kilka z poruszonych przez panią Kosin spraw. Nie można zapomnieć też o zachęcaniu kobiet do regularnego badania swoich piersi. Co ciekawe, autorka świetnie ukazuje, jakie ma o tym zdanie jeszcze wiele osób, szczególnie tych mieszkających na wsi. Ważnym elementem książki są też ukazane na jej kartach podlaskie tradycje. Ciekawym rozwiązaniem jest umieszczenie na ostatnich stronach powieści kilku regionalnych przepisów.

Spodobały mi się też wątki blogowe. Jeden z nich jest regularnie podczytywany przez Radecką. Na innym prezentowane są modowe stylizacje pin-up w wykonaniu nastoletniej córki oraz jej nowych znajomych.  Przyznam, że pozazdrościłam nastolatkom sesji fotograficznej w towarzystwie starych samochodów. Uwielbiam te wszystkie groszki, rozkloszowane spódnice, a chyba najbardziej.... Cadillaki. :-) To taki mniej rozbudowany watek, jednak ja zwróciłam na niego szczególną uwagę, dlatego o tym piszę.

Chociaż główna bohaterka jest starsza ode mnie o jakieś dziesięć lat, to fragmenty, w których wspominała swoje dzieciństwo, wydawały mi się bardzo bliskie. Któż choć raz nie zakopywał słoika ze skarbami albo nie sączył przez słomkę kolorowego napoju z foliowego woreczka? A gdy Anna wspominała swoje szkolne przyjaciółki i pierwsze miłości, ja również sięgnęłam pamięcią w przeszłość. Pomyślałam też, że naprawdę warto odwiedzać częściej swoje rodzinne strony. Nieważne czy jest to odległa miejscowość, czy choćby tylko inne osiedle.

Jeśli chodzi o język, to autorka zadbała o takie szczegóły, jak na przykład posługiwanie się gwarą przez niektóre postacie. Dzięki temu ich wypowiedzi brzmią o wiele wiarygodniej. Jeden z moich ulubionych bohaterów, Waldek, nie szczędzi też siarczystych przekleństw, gdy coś nie idzie po jego myśli. Czytając tę powieść naprawdę poczułam się jak na wsi. Bo odmalowanie samych widoków, opisy przyrody, budynków, tradycji to nie wszystko. Sama przez kilka lat mieszkałam na wsi i gdy chcę, potrafię nawet dogadać się gwarą, dlatego właśnie ten język bohaterów tak zwrócił moją uwagę i za to autorka ma u mnie dużego plusa. Korekta jest tutaj bez zarzutu, a okładka moim zdaniem idealnie pasuje do klimatu książki (oczywiście nie mogło na niej zabraknąć tytułowego bluszczu).

Tym, co może się niektórym czytelniczkom nie podobać, mogą być wielokrotnie już pojawiające się w powieściach wątki, choć przecież im więcej powieści, tym trudniej wymyślić coś nowego. Jeśli chodzi o mnie to przyznaję, że jeszcze kilka lat temu omijałam tzw. literaturę kobiecą szerokim łukiem. Zmieniłam nastawienie niedawno, przez ten czas zdążyłam poznać trochę takich książek, ale nie na tyle dużo, by móc je między sobą porównywać. Fakt, na wątek artystki, która po latach wraca do malowania obrazów, niedawno natrafiłam w Galerii uczuć, a znów powrót na wieś do rodziców po życiowym dramacie śledziłam w Oknie z widokiem Magdaleny Kordel. Na razie jestem jednak na takim etapie, że nie przeszkadzają mi podobne pomysły i kolejne tego typu książki czytam z wypiekami na twarzy. Zresztą podobieństwa podobieństwami, ale zostałam kompletnie zaskoczona ukazaniem przy końcu powieści kulis rozstania z mężem! Nie będę tu wchodzić w szczegóły, bo nie mogę zdradzić fabuły, ale napiszę tylko tyle: gdybym wiedziała o pewnym wydarzeniu już na początku, zupełnie inaczej odebrałabym pewne fragmenty. Identycznie było zresztą podczas czytania poprzedniej książki autorki, tam również jedna informacja, podana pod koniec, zupełnie zmieniła odbiór tego, o czym czytałam.

Bluszcz prowincjonalny to książka, do której na pewno będę chciała jeszcze kiedyś wrócić. Sama jestem ciekawa, jak będzie mi się ją czytać z posiadaną wiedzą na temat okoliczności odejścia Piotra. Powieść polecam kobietom, które od lat nastoletnich dzieli już pewien czas, niekoniecznie tym w wieku Anny, czyli gdzieś w okolicach czterdziestki. Wydaje mi się jednak, że trzeba mieć za sobą pewne doświadczenia życiowe, by móc cieszyć się jej lekturą. Perypetie żony, od której odszedł mąż i która próbuje ułożyć swoje życie od nowa, niekoniecznie zainteresują dziewczyny w wieku licealnym czy świeżo upieczone studentki.

Przypisy:
1. s. 28

Renata Kosin, "Bluszcz prowincjonalny", Wydawnictwo Replika, Zakrzewo 2012.

A tak zupełnie poza recenzją... pewna piosenka. Osoby, które czytały książkę, będą wiedziały, dlaczego ją tu umieściłam. :-) Przy okazji zapraszam też na blog autorki.

Książka przeczytana w ramach wyzwania Polacy nie gęsi.

18 komentarzy:

  1. Wiele dobrego czytałam o tej książce, a Twoja recenzja tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że po prostu muszę ją przeczytać.

    OdpowiedzUsuń
  2. oj ja już się rozmarzyłam :) lubię takie książki

    OdpowiedzUsuń
  3. Obecnie jestem na etapie "zakochiwania się" w książkach polskich autorów (przed którymi kiedyś broniłam się rękami i nogami), więc i tę pozycję chętnie bym przeczytała!

    OdpowiedzUsuń
  4. chętnie bym ją przeczytała i jeszcze ta okładka...

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie czytałam jeszcze nic tej autorki, ale rozglądam się za jej książkami, bo wydają się interesujące.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie jestem do końca przekonana. Na razie nie przemawia do mnie fabuła, może ze względu na te doświadczenia życiowe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że te doświadczenia życiowe naprawdę robią różnicę. I nie piszę tego po to, by się wymądrzać, ale tak jak zresztą wspomniałam w recenzji, dopiero od niedawna zaczęłam czytać tego typu literaturę. A opowieści o problemach z mężem, teściową, dziećmi (piszę tu ogólnie, nie o tej książce tylko) jeszcze kilka lat temu nie zainteresowałyby mnie wcale. Teraz jest inaczej.

      Usuń
  7. Polece moim koleżanką z pracy, bo ja to jeszcze za młoda jestem na takie lektury :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Witam serdecznie :) Postanowiłam zabrać głos po to przede wszystkim, żeby jeszcze raz podziękować Elvisce za świetną recenzję, i również po to, żeby przytaknąć jej słowom. Tym mówiącym o doświadczeniu potrzebnym, by czytać pewnego rodzaju literaturę. To prawda. Pewne rzeczy - sprawy, ważne dla osób z pewnym (nawet niewielkim) bagażem życiowym mogą okazać sie kompletnie abstrakcyjne (czy wręcz nudne) dla kogoś, kto w to dorosłe życie stosunkowo niedawno wszedł. I nie chodzi tu wcale o wiek,ale właśnie o to życiowe doświadczenie, o którym pisze Elviska, ponieważ bywa też tak, że czasem dwudziestolatka doświadczyła więcej, niż niejedna trzydziestolatka. Dlatego właśnie z pewnym drżeniem (ale też ogromną ciekawością :)) oczekuję na efekt, kiedy widzę, jak po moją książkę sięga osoba znacznie młodsza, niż moje książkowe bohaterki :)
    A ponieważ, jak się okazuje, sporo młodych osób sięga po moje książki, postanowiłam wyjść im naprzeciw i tym razem dostosować treść moich kolejnych książek również do ich potrzeb i zainteresowań. Efekty niebawem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz. :) Z tym doświadczeniem to właśnie tak jest, że nie zawsze pokrywa się z wiekiem. Ja sama mam 29 lat, jestem więc młodsza od bohaterek, mam dziecko w młodszym wieku, ale problemy, jakie przeżywają interesują mnie, są mi bliskie, choć oczywiście nie wszystkich ich doświadczyłam (na szczęście). Pamiętam, jak na pierwszym roku studiów mama mojej koleżanki poleciła mi którąś z książek K. Grocholi. Przeczytałam kilka czy kilkanaście stron i stwierdziłam, że mnie to nie interesuje. Bardzo długo zresztą tego typu literatury nie czytałam, bo mnie po prostu nie interesowała. Minęło trochę czasu, od prawie siedmiu lat mam męża, od pięciu - dziecko, żyjemy na własny rachunek, dużo rozmawiam z koleżankami, część znajomych małżeństw się rozpadło, czasem mówimy jakie to było wszystko proste, gdy mieszkało się z rodzicami (nieważne, czy w okresie dzieciństwa, czy w czasach nastoletnich). Żyję sprawami, które są poruszane w tego typu książkach. :)

      Jestem ciekawa tych efektów, akurat literaturę skierowaną do osób młodszych ode mnie też lubię czasem poczytać, jest to taki powrót do tych bardziej beztroskich czasów. :)

      Usuń
    2. Pracuję teraz nad dwiema książkami. Bohaterowie pierwszej to trzydziestoletni mężczyzna i dwudziestotrzyletnia kobieta, a sama książka jest skierowana do czytelnika bez szczególnych granic wiekowych. Zarówno starszy jak i młodszy odnajdziew niej coś dla siebie, jednak pod warunkiem, że lubi wątki kryminalnę, historyczne, tajemnice i zagadki. Akcja drugiej książki rozgrywa się z kolei w środowisku studenckim i pewnie właśnie taka grupa wiekowa najwięcej znajdzie w niej dla siebie.

      Usuń
    3. Coś jest w tym doświadczeniu życiowym. Ostatnio postanowiłam odświeżyć sobie "Lalkę" - znienawidzoną przez wielu lekturę z czasów szkolnych - i nie mogłam się nadziwić jaka ta książka jest świetna. Kiedy czytałam ją w liceum oceniłam ją jako "zaledwie" dobrą. Najwyraźniej do niektórych dzieł trzeba dorosnąć ;)

      Pani Renato, wątek studencki brzmi bardzo zachęcająco, zwłaszcza, że sama jeszcze niedawno byłam studentką. Zadanie ma Pani trudne, bo żakowska brać jest, że tak to ujmę, baaaaardzo niejednorodna. I ciężko ukryć, że krążą wokół niej różne, często mylne, ale chwytliwe, stereotypy ;)

      Usuń
    4. Mnie również bardzo ciekawi wątek studencki. :) Jeszcze pamiętam te czasy bardzo dobrze. :D

      A co do pierwszej książki - wątki historyczne uwielbiam (co chyba widać na moim blogu), kryminalne też. :) Już nie mogę się doczekać obu powieści. :)

      Usuń
  9. Widzę pozycja na wskroś aktualna, a wątki blogowe kuszą. ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Czytając recenzję tej książki chciałam wczuć się w tło powieści i poczuć chęć jej przeczytania, ale nawet usilne próby jakoś nic nie dały. Nie jestem fanką tego typu utworów, ba ja nie czytałam nawet nigdy w życiu ani jednej książki Katarzyny Grocholi (o zgrozo). Chyba jakoś mało patriotyczna jestem, wolę tą historię w wersji English :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic na siłę, każdy wybiera to, co lubi. :) Książek K. Grocholi też na razie nie czytałam (bo przeczytanie prawie dziesięć lat temu kilkunastu stron się nie liczy). Zamierzam to jednak nadrobić i zrobić podejście nr 2.

      Usuń
  11. To tak jak ja. Stwierdziłam, że wręcz wypadałoby przeczytać jakąś część jej twórczości, ale... jeszcze nie teraz :)

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie choć kilka słów w komentarzu. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...