środa, 24 kwietnia 2013

Meredith Goldstein "Single"


Recenzja nr 79, Meredith Goldstein "Single"

"Bee rzuciła ostatnie spojrzenie na tablicę, szczęśliwa, że ma Matta i nigdy już nie znajdzie się nigdzie bez partnera. Przez chwilę zastanawiała się, czy jej single (...) staną się kiedyś elementami łatwo rozmieszczalnymi na stołowym diagramie". [1]

Kiedyś słowo singiel kojarzyło mi się jedynie z płytami analogowymi o prędkości odtwarzania 45 obr./min., które kolekcjonowałam. No, może jeszcze powiązałabym je z grą w tenisa. Dorosłe osoby nieposiadające partnera były wtedy, przynajmniej w moim najbliższym otoczeniu, nazywane starymi pannami lub starymi kawalerami. Nigdy nie podobały mi się te pejoratywne określenia (choć i tak nic nie przebije konkubiny i konkubenta - obecnie też odchodzących, na szczęście, w niepamięć).


Na książkę po raz pierwszy natknęłam się na blogu Magdy Kordel. Pomyślałam sobie wtedy, że chętnie przeczytałabym tę powieść. Po pierwsze - dla odmiany. Wcześniej, jeśli już, raczej zaczytywałam się w obyczajówkach, których bohaterkami były matki i żony. Po drugie - nie wstydzę się tego, że od czasu do czasu lubię sobie obejrzeć tzw. komedię romantyczną, z którą to skojarzyła mi się zarówno okładka, jak i zarys fabuły powieści. Stanęła mi przed oczami typowo amerykańska ceremonia ślubna na świeżym powietrzu, z druhnami, ojcem panny młodej prowadzącym ją do ołtarza, a następnie przyjecie z ogromnym tortem, przemowami i tańcami. A w tym wszystkim perypetie kilku wybranych gości, czyli tytułowych singli. Gdy więc tylko nadarzyła się ku temu okazja, sięgnęłam po książkę. Warto wspomnieć, że jest to debiut pisarski Meredith Goldstein, Amerykanki urodzonej w New Jersey, a mieszkającej w stanie Massachusetts. Goldstein udziela się na łamach czasopisma Boston Globe, gdzie prowadzi dział rozrywkowy oraz kącik porad.

Na pierwszych stronach powieści poznajemy Beth Evans, zwaną przez wszystkich Bee, która jest tuż przed jednym z najważniejszych dni w swoim życiu. Jak prawie każda przyszła panna młoda, tak i ona chce, by wszystko w tym dniu poszło po jej myśli. Na szczęście nie musi liczyć się z kosztami, jej wesele będzie w iście amerykańskim stylu. Większość spraw jest już załatwiona, pozostało jej rozmieszczenie gości przy stolikach. Najwięcej problemów ma z singlami, którzy sami zakomunikowali, że na wesele przyjdą bez osób towarzyszących.

Nadchodzi dzień wesela. To, co dzieje się tuż przed uroczystością oraz jej przebieg poznawać teraz będziemy z perspektywy poszczególnych singli, o których opowiada trzecioosobowy narrator. Na pierwszy plan zdaje się wysuwać przyjaciółka ze studiów o imieniu Hannah, która myśli głównie o tym, jak zareaguje na widok swojego byłego chłopaka, który wraz z nową partnerką również został zaproszony. Na przyjęcie przybywa też Vicki walcząca od jakiegoś czasu z depresją, w czym ma jej pomóc tajemniczy przyrząd przechowywany w pokrowcu na gitarę. Phil pojawia się na ślubie w zastępstwie swojej matki, dawnej znajomej rodziny. Rob, wspólny znajomy ze studiów, w ostatniej chwili rezygnuje z udziału w przyjęciu. Tłumaczy to ciężkim stanem swojego ukochanego psa, który cierpi epilepsję. W zasadzie chyba od początku nie miał ochoty na spotkanie dawnych znajomych, bo nawet nie zarezerwował biletu na lot do miasteczka, w którym zaplanowano przyjęcie. Joe, wujek panny młodej, nie jest stuprocentowym singlem. Ma życiową partnerkę, ale na ślub postanowił pojechać sam.

Jak to często bywa na weselu, wyjątkowa atmosfera w połączeniu z alkoholem skłania do podsumowania swojego dotychczasowego życia, a także do zwierzeń początkowo obcym osobom, bo nie wszyscy single się ze sobą znają. Historię życia poszczególnych bohaterów poznajemy dzięki licznym retrospekcjom. Na weselu dochodzi do kilku nieoczekiwanych wydarzeń. Żałuję tylko, że finał książki pozostawił u mnie dość duży niedosyt. Być może taki był zamysł autorki, jednak jak dla mnie niektóre wątki zostały pozamykane zbyt szybko. Wydaje mi się, że powieść spokojnie mogłaby mieć choć kilkanaście stron więcej, wtedy nie miałabym wrażenia urwania zakończenia.

Myślę, że tekst tej powieści idealnie nadawałby się na scenariusz filmu, niekoniecznie komedii, bo obok wątków zabawnych są też i takie, podczas czytania których raczej nie jest nikomu do śmiechu. Nie zmienia to faktu, że powieść Meredith Goldstein określiłabym mianem lekkiej i łatwej w odbiorze. Przeczytanie jej zajęło mi kilka godzin, które spędziłam na ławce, doglądając bawiącej się na placu zabaw córki. Spodziewałam się kilku godzin relaksu i to właśnie otrzymałam. Polecam ją do przeczytania kobietom w ramach popołudniowego odpoczynku przy lekturze.



Przypis:
Meredith Goldstein, Single, s. 11

Meredith Goldstein, "Single" (tytuł oryginału: "The Singles"), tłum. Agnieszka Kisiel, Wydawnictwo M, Kraków 2012.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu M.

17 komentarzy:

  1. Czyli masz troszeczkę podobne wrażenia do mnie - scenariusz filmowy jak znalazł!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ponownie zajrzałam do Twojej recenzji (wcześniej przeczytałam ją dość pobieżnie właśnie z tego powodu, by nie wpłynęła na moją) i faktycznie. Aż mi teraz dziwnie, bo ktoś może stwierdzić, że miejscami sparafrazowałam Twój tekst.

      Usuń
  2. Mam tę książkę w swojej kolekcji i chyba na dniach zabiorę się za czytanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie będę czekać na Twoją opinię. :)

      Usuń
  3. Na kilku blogach czytałam już o tej książce i powiem że jestem jej ciekawa.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że warto spróbować. :) Czyta się ją bardzo szybko, więc nawet jeśli Ci się nie spodoba, nie stracisz dużo czasu.

      Usuń
  4. Wydawnictwo M ma naprawde sietne ksiazki i ta jest jedna z nich :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie jak większość wydawnictw, tak i to ma książki świetne i przeciętne. Tej bliżej do przeciętnej (ale też nie spodziewałam się niczego więcej). Za to przeczytaną przeze mnie ostatnio książkę "Ciotki" tego wydawnictwa określam jako rewelacyjną! Oczywiście to tylko moje zdanie. Wkrótce recenzja. :)

      Usuń
  5. Ładnie napisałaś, tak normalnie i szczerze :-)
    Nie zdecydowałam się na tę powieść, ale mam za to słynną już (pojawiająca się na wielu blogach)"Sztukę uprawiania róż...". Do tej pory nie spróbowałam obyczajówki z "M", tylko innego typu publikacje.
    Zgadzam się, że bywają i świetne i przeciętne książki w każdym wydawnictwie, a czasem taką średnią też miło przeczytać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, że miło. :) Ja tam nie żałuję ani minuty spędzonej z "Singlami", fajnie i szybko się czytało. :) "Sztuki uprawiania róż..." nie wzięłam do recenzji, wybrałam "Singli", "Ciotki" oraz "Królową Śniegu" (zrecenzowałam ją jakiś miesiąc temu, polecam, świetne ilustracje).

      Usuń
  6. Ja również polecam tę książkę. Skłania do przemyśleń.

    OdpowiedzUsuń
  7. Czytałam i miło wspominam:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Takie ja książka " Piąta fala pożądania" M.Nowickiej. trudno gdziekolwiek spotkać. Jest wyjątkowa, niezwykle pobudza wyobraźnię i wszystkie zmysły naszego organizmu.
    Wciąga od pierwszych stron i nie daje o sobie zapomniec przez długi, długi czas. Po prostu perfekcyjna.Pokazuje wydarzenia, które mogą przydażć się każdemu, nawet Tobie, co sprawia, że czujemy się bohaterami książki, dajemy się ponieść wodzom fantazji, dzięki czemu czytanie staje się czystą przyjemnością.
    Gorąco Polecam :
    http://org-aport.com/book19783562.php


    pozdrawiam: natalia977

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie choć kilka słów w komentarzu. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...