sobota, 3 stycznia 2015

Czas nie liczy się, kiedy zaczynają grać. Koncert Czerwonych Gitar w Filharmonii Podkarpackiej



Tak - to właśnie my!
Cała piątka znów przed Wami.
Tak - to właśnie my!
Już zabawę zacząć czas.
Kto chce posłuchać nas,
Kto chce się bawić tak jak my,
Jak właśnie my -
Niech odrzuci troski na bok.
Czas nie liczy się,
Kiedy zaczynamy grać[1].



Słowami tej piosenki Czerwone Gitary przywitały się z rzeszowską publicznością zgromadzoną w murach Filharmonii Podkarpackiej im. Artura Malawskiego 2 marca 2014 r. Tak, czas nie liczy się dla Czerwonych Gitar, bo koncertują  już od pięćdziesięciu lat! Zespół powstał dokładnie 3 stycznia 1965 r. w Gdańsku – Wrzeszczu. Jego założycielami byli: Bernard Dornowski, Krzysztof Klenczon, Jerzy Kosela, Jerzy Skrzypczyk i Henryk Zomerski. Łatwo policzyć, że zespół obchodzi 3 stycznia 2015 r. swoje pięćdziesiąte urodziny. Z tej też okazji postanowiłam sięgnąć do swoich pokoncertowych zapisków i podzielić się moimi wrażeniami z czytelnikami bloga.

Pierwszy skład Czerwonych Gitar


I choć przez lata zmieniał się zarówno skład Czerwonych Gitar, jak i - częściowo - ich repertuar, zespół oparł się czasowi. A ich niezapomniane przeboje zna dziś kilka pokoleń Polaków. W marcu 2014 r. w skład Czerwonych Gitar, oprócz Jerzego Koseli i Jerzego Skrzypczyka, dwójki legendarnych muzyków jeszcze z pierwszej ekipy, wchodzili: Mieczysław Wądołowski, Arkadiusz Wiśniewski, Dariusz Olszewski i Artur Chyb. Obecnie ten ostatni nie należy już do zespołu. Kiedyś, na początku swojej muzycznej drogi, Czerwone Gitary reklamowały się hasłem „gramy i śpiewamy najgłośniej w Polsce”. Teraz z pewnością nie grają najgłośniej, ale wnet będą mogli słowa te zamienić na hasło „gramy i śpiewamy najdłużej w Polsce”. J 


Kiedy dotarła do mnie informacja, że odbędzie się ten koncert, miałam ochotę skakać aż pod sam sufit. Tak przecież żałowałam tego, że nie mogłam pojawić się na występie Czerwonych Gitar w siedzibie Polskiego Radia Rzeszów w grudniu 2013 r. A tu taka niespodzianka! W te pędy zatem pobiegłam kupić bilety, a potem, już całkowicie spokojna, mogłam wrócić do codzienności i liczyć, ile tygodni, a potem dni, pozostało jeszcze do 2 marca.

Wreszcie nadeszła ta upragniona niedziela! Wraz z niezawodną koncertową towarzyszką, moją matką chrzestną, przekroczyłam progi Filharmonii Podkarpackiej. Koncert zaplanowany został na godzinę 17. Byłyśmy tylko trochę wcześniej, w końcu nie musiałyśmy martwić się o miejsca, jak to często dzieje się podczas koncertów, na które wstęp jest wolny bądź obowiązują nienumerowane wejściówki. Podeszłyśmy zatem najpierw pod scenę, na której znajdował się już cały entourage zespołu. Z radością spojrzałam na widniejący tam napis „Czerwone Gitary”, uśmiechnęłam się, trochę do siebie, a trochę do cioci i udałyśmy się na swoje miejsca.

Niedługo potem na scenie pojawiły się Czerwone Gitary, przywitane oczywiście gromkimi oklaskami publiczności. A była to publiczność w różnym wieku. Można było dojrzeć zarówno równolatków obu Jurków, którzy zapewne pamiętają początki kariery zespołu, jak i ludzi młodszych od nich o kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat. Chwilę później Jerzy Skrzypczyk – jak zwykle zabawny i dowcipny – przywitał się z widownią. A potem całą salę koncertową przepełniły dźwięki zacytowanej przeze mnie na początku piosenki-powitania „To właśnie my”. Zaraz po niej Czerwone Gitary zagrały klenczonową „Historię jednej znajomości”, a następnie medley, w którego skład wchodziły m.in. takie utwory jak „Bo ty się boisz myszy” i „Moda i miłość”. Inne piosenki wykonane na początku to „Wróćmy na jeziora”, „Płoną góry, płoną lasy” i „Kwiaty we włosach”, podczas których najchętniej zaczęłabym piszczeć. J



Rozpierająca mnie ekscytacja chwilę później ustąpiła wzruszeniu przy dźwiękach trzech piosenek zagranych w hołdzie dla Krzysztofa Klenczona, o którym zresztą muzycy kilkakrotnie bardzo ciepło się wypowiadali. Były to jego utwory „Latawce z moich stron”, „Jesień idzie przez park” i „Biały krzyż”. Wszystkie zagrane unplugged. Kiedy ich słuchałam miałam łzy w oczach i odniosłam wrażenie, że duch Krzysztofa unosił się gdzieś w powietrzu,. A może stał obok artystów na scenie? Oczywiście tam, gdzie zawsze zwykł stawać za życia, po prawej stronie (patrząc z perspektywy widza).

Po uczczeniu pamięci kolegi, zespół zagrał kompozycję niegrającego już z Czerwonymi Gitarami Seweryna Krajewskiego „Nie spoczniemy”, po czym zaprezentował swoje nowe piosenki takie jak „Lecz tylko na chwilę” i „Senny szept”. No a potem nastąpił powrót do starych dobrych lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia.

Nie ukrywam, że największe wrażenie robią na mnie utwory wczesnych Czerwonych Gitar, te z lat 1965-1970, czyli okresu, w którym grał w nich Krzysztof Klenczon. I nie chodzi tu wcale tylko Niuńka, za którym szaleję, po prostu te wczesne piosenki mają w sobie to nieuchwytne „coś”, tę świeżość, żywiołowość, ten entuzjazm. I ten niepowtarzalny klimat lat sześćdziesiątych… Mogłam zatem poszaleć trochę (na tyle, na ile było to możliwe w Filharmonii) przy takich utworach jak „Rok z kapryśną dziewczyną”, „Licz do stu”, „Nie zadzieraj nosa”, „Powiedz stary, gdzieś ty był”, „10 w skali Beauforta”, „Takie ładne oczy” czy „Nikt na świecie nie wie”. Publiczność doskonale znała słowa tych przebojów i podśpiewywała wraz z zespołem. Na koniec nie obyło się oczywiście bez bisu, a raczej bisów. Zagrane zostały na koniec kolejno: „Niebo z moich stron”, „Matura” oraz „Port”.

Dźwięki tej ostatniej piosenki jeszcze pobrzmiewały mi w uszach, gdy powoli opuszczałyśmy salę koncertową. Ale nie był to koniec niedzielnej przygody. Muzycy obiecali, że zaraz pojawią się w hallu, gdzie będą rozdawać autografy i sprzedawać płyty. Stanęłam zatem grzecznie w kolejce z ich albumem z 2005 r. pt. „O.K” w ręku. I już kilka (no, może kilkanaście) minut później miałam na okładce płyty autografy wszystkich członków zespołu.




To jednak nadal było dla mnie za mało. Chciałam dopaść obu Jurków i zrobić sobie z nimi zdjęcia. Najpierw udało mi się przydybać Jerzego Skrzypczyka, który oczywiście chętnie zapozował do wspólnej fotografii.


Potem zaczęłam rozglądać się za Jerzym Koselą, ale nigdzie nie mogłam go znaleźć. Pomyślałam sobie, że przecież i tak mam jego autograf i wiele zdjęć z koncertu. Już, już miałyśmy z ciocią wychodzić, kiedy to… nagle zrobiłam w tył zwrot, bo właśnie go zobaczyłam! Podbiegłam zatem do niego nie tracąc czasu i zamieniłam z nim kilka słów. Nie było już takiego tłoku jak podczas robienia zdjęcia z Jerzym Skrzypczykiem. Wspomniałam, że odwiedziłam niedawno rodzinne miasto Krzysztofa Klenczona i jego rodzinę. W końcu ustawiliśmy się do zdjęcia, a na koniec dostałam od niego… buziaka w policzek. J


Ten koncert to było dla mnie niezapomniane przeżycie! Mam nadzieję, że Czerwone Gitary również w 2015 r. odwiedzą Rzeszów. W tym miejscu chciałabym pozdrowić wszystkich członków zespołu i życzyć im jeszcze wielu lat na scenie. 

Niektórzy oczywiście twierdzą, że to nie są „prawdziwe” Czerwone Gitary, bo nie ten skład, bo młodzi muzycy, bo nowe piosenki (znów wykonywanie starych też nie wszystkim się podoba, bo to „odcinanie kuponów”), więc z „tamtymi” Czerwonymi Gitarami nie mają wiele wspólnego. Gdyby się jednak przyjrzeć historii zespołu, słowo „tamte” można by też interpretować różnie. Grupa założycielska, jeszcze z Zomerskim, a bez Krajewskiego? Czy może piątka z Krajewskim i przed odejściem Koseli? A może czwórka: Klenczon, Krajewski, Dornowski, Skrzypczyk? A to dopiero początek. Potem, na przestrzeni lat, przewinęło się przez Czerwone Gitary jeszcze kilkunastu muzyków. 

Wiadomo, chyba każdy fan ma jakiś swój najbardziej ulubiony skład Czerwonych Gitar czy okres w ich twórczości. Jak już wspomniałam, ja lubię najbardziej okres 1965-70 (podczas którego i tak nastąpiło kilka zmian: odejście Zomerskiego, przyjście Krajewskiego, odejście Koseli i w końcu odejście Krzysztofa Klenczona). Tak właśnie wygląda historia grupy: jedni odchodzili, drudzy przychodzili, niektórzy powracali, nigdy jednak nie wymieniono całego składu, ani też nie odcięto się całkowicie od wcześniejszego repertuaru. Przecież nadal trzon zespołu tworzy dwójka artystów – założycieli: Jerzy Skrzypczyk i Jerzy Kosela. A płyta „O.K” została jeszcze nagrana z Henrykiem Zomerskim, który niestety zmarł. Nikt tu oczywiście nie twierdzi, że to są takie same Czerwone Gitary. Ale to są NADAL Czerwone Gitary. I szczerze cieszę się, że nadal grają. A mają dla kogo, bo na ich koncerty przychodzą tłumy zarówno zagorzałych fanów, jak i ludzi, którzy po prostu darzą ich sentymentem. I oby grali jeszcze przez wiele, wiele sezonów!

7 komentarzy:

  1. Lubię Czerwone Gitary, chodziłam na ich koncerty jeszcze w latach 60-tych, ale potem już nie. Gdzie można znaleźć informacje na temat ich trasy koncertowej?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz! :) Zapowiedzi najbliższych koncertów można znaleźć na blogu http://blog.czerwonegitary.pl/.

      Usuń
    2. Aha, jeśli ma Pani konto na Facebooku, polecam zaglądać do grupy "Fanklub Czerwonych Gitar": https://www.facebook.com/groups/144424448986529/

      Usuń
  2. DZIĘKUJĘ ZA TEN TEKST

    FANKA CZERWONYCH GITAR

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cała przyjemność po mojej stronie. :) Dziękuję za komentarz. :)

      Usuń
  3. Dorotka - tak mi się przypomniało, jak czekałaś na ten koncert, jak nie mogłaś się doczekać, no i wreszcie! Bardzo ciekawie napisałaś, przyjemnie się czyta i ma się wrażenie, jak by się tam było :) Własne refleksje, ale także "subtelne smaczki" charakterystyczne dla Czerwonych Gitar :) Fajne jest to, że nie ograniczasz się tylko do wrażeń i opowiadania o tym koncercie, ale tematyka wpisu jest wzbogacona o historię Zespołu. Nie łatwo tak w pigułce zmieścić pięćdziesięcioletnią działalność Czerwonych Gitar i nie powielać tego, co już gdzie indziej napisano. Tobie się to udało znakomicie i z taką świeżością. Do tego interesujące zdjęcia, które dopełniają całość.
    Życzę dalszych koncertów Czerwonych Gitar i Twoich cudownych relacji, które tak miło się czyta :) Pozdrawiam serdecznie - Grażka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grażko, dziękuję za przemiły komentarz. :) Taki właśnie był mój zamysł - napisać coś o zespole z okazji jego jubileuszu a jednocześnie podzielić się swymi wrażeniami z koncertu, na którym byłam w marcu 2014 r. :)

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie choć kilka słów w komentarzu. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...