niedziela, 24 maja 2015

Spotkania z poezją: Monika Bobrowska



Mówi o sobie, że jest zwyczajną trzydziestoparolatką, matką, żoną, kobietą pracującą i myślącą. Nadwrażliwą, kochającą, uważną i bezbronną, pośród słów odsłaniających jej duszę. Od siebie dodam jeszcze, że – podobnie jak ja - jest miłośniczką poezji Haliny Poświatowskiej i molem książkowym. Monika Bobrowska pisze wiersze od kilkunastu lat i odkłada je do przysłowiowej szuflady. Pozwoliła mi do niej zajrzeć. Uważam, że twórczość Moniki jest warta uwagi, dlatego chciałabym zaprezentować zarówno wiersze, jak i samą autorkę – oczywiście za jej zgodą – na łamach Czytelniczego zacisza.


Najpierw kilka słów o poetce (mam nadzieję, że nie będzie się wzbraniać przed nazwaniem jej tym mianem). Oddaję głos Monice: - Wiersze te były pisane na przestrzeni kilkunastu lat. Uzbierało się ich aż tyle, że pewnie byłby z tego spory tomik, ale oczywiście jako polonista mam świadomość tego, że są nierówne. Osobiście nawet poskładałam je zgodnie z przyjętym przeze mnie porządkiem, grupując je w rozdziały ilustrujące moje życie. Nadałam tomikowi może i banalny, ale wiele dla mnie znaczący tytuł- „Kocham, więc jestem” - mówi.

Od jakiegoś czasu Monika pisuje wiersze coraz rzadziej. Dlaczego tak się dzieje? - Życie wzięło mnie w obroty tak zamaszyste, że czasem zapominam jak się nazywam. Wymagająca praca zawodowa, wymagająca opieka nad moim ukochanym synem, który oprócz tego, że jest wspaniałym dzieckiem, ma zaburzenia ze spektrum autyzmu, walka o ujarzmienie zdziczałego ogródka działkowego, piętrzące się stosy książek i żmudna kobieca codzienność, pochłonęły mnie tak bardzo, że powoli zapominam jak to jest, że patrzysz na coś i wiesz, że właśnie sfotografowałaś chwilę słowami i musisz je tylko szybko zapisać. A może ubrać w słowa coś, co inaczej nie da się ujarzmić i będzie się w tobie kotłować do zwariowania – kończy swoją wypowiedź Monika.

Monika pisze też recenzje książek. Można je przeczytać na lubimyczytac.pl, a od niedawna również na blogu „Książkowe korale”, na który też Was serdecznie zapraszam.


A tymczasem odsuwam tę przepastną szufladę z poezją Moniki po to, by zapoznać Was z wybranymi wierszami. Z uwagi na to, że jest ich dość dużo, dziś zaprezentuję Wam jedynie niektóre. Nieprzypadkowo jako ostatni zacytowałam utwór pt. „Dla mojej matki”, 26 maja już za niecałe dwa dni. Kiedy czytam ten piękny wiersz, widzę przed oczami moją mamę. Bo choć Monika kieruje go do swojej rodzicielki, z jej słowami może się utożsamiać każdy z nas. A pozostałe wiersze  przeczytacie w kolejnym wpisie.

„wiersze są niebezpieczne”

napisać wiersz
to nie takie proste
mozaika słów
świat odbity w soczewce twego oka
przesycony naznaczony tobą
to trudniejsze niż myślisz
choć w zasięgu ręki
najintymniejsza z fotografii

***
jak dziki kot
na miękkich łapach
noszę swoją samotność

grzbiet rozpięty między biegunami
na jednym
obietnica dotyku
na drugim
pulsuje strach

ostrożnie przemykam
labiryntem moich dróg
zbyt trudno jest mnie oswoić

***
obojętnie maluję usta
czeszę uparcie żywe włosy
niedługo
zatańczy z nimi wiatr
wychodzę
nie oglądając się za siebie
przecież wiem
zagram dobrze znaną rolę
w tym przezroczystym dniu
i nie doszukam się w nim
twego ciepła
choć jak na ironię
wiosna


***
opuszkami palców po ścianie
prowadzę moje myśli
potłuczone szkło
przez dziurawe kieszenie
sypko przesącza się czas
znacząc mój ślad
w plamy pustych kroków
już tylko wiatr
i nic się nie ostanie
nie ma zmartchwywstania
bez miłości


***
nim w ogromnej klepsydrze
przesypie się suma dni
zasypiam z głową na poduszce
w rozpaczliwych objęciach kołdry

jak co dzień
kawa z mlekiem bez złudzeń
i dwie dłonie bez pary
szukają ciepła w kieszeniach

-szeleszcząc zacina się czas-


***
chciałabym zakraść się do twojej głowy
i zrobić tam bałagan
rozrzucić wokół zapach
jak części garderoby
byś budził się
z ustami na mojej szyi
pośród złota włosów śnił


„zapachem zaczarowanie”

dotykam policzkiem chłodnej ściany
poplątałeś mi myśli zasupłałeś mi sny
kładąc na każdej chwili piętno zapachu
wciąż go szukam pośród ubrań
pod skórą
w pierzastej strukturze poduszki

za moment będziesz tu znów
cały mój
aż po koniuszki palców
odczarowany


***
poranne impresje
zamiast kawy

leniwie wzdłuż moich pleców
twe usta ciepłe
malują obraz na płótnie cienkiej skóry
ciężkie dłonie rzeźbią rzekę bioder
i oddech
wiatr pustynny pośród moich włosów

chwila zamknięta w płaszczyźnie czterech ścian
płynąca faliście w barwie twego głosu
zapętlona w naszej krwi
w znak nieskończoności

***
w witrażu okna baśniowy świat
festiwal niewinności
ziemia ubrana w całun bieli
odprzemieniona czysta
zasypałeś nas śniegiem
jak miłością
tak szczodrze
na zapas karmię oczy
łagodnością pastelowego wieczoru
niech wystarczy
na wszystkie odcienie
szarości

***
nie sposób zatrzymać w sobie słów
z każdym oddechem spojrzeniem
ulatują w przestrzeń
niecierpliwie bazgrane na przypadkowej kartce
słowa
to jednak przekleństwo
za dużo widzieć za mocno

„O mnie”
- czasami –
zdejmuję okulary i patrzę prosto w słońce
- czasami –
zakładam maskę
- czasami –
płaczę w poduszkę gdy jest mi źle
- czasami –
mijasz mnie na ulicy

„początek”

tak naprawdę nie zdarzyło się nic
gdy do siebie dobiegły nam dusze
tylko trochę pojaśniało niebo
właśnie padał śnieg
na biało pomalował dachy

w tej samej jednostce czasoprzestrzeni
losowo wyznaczony kurs
zakończony precyzyjnym zderzeniem

na wpół do wieczności
o krok od nieistnienia
w jeden kadr schwytani
do barwy sepii jeszcze nam daleko


***
zapachną kawą nam poranki
w półmroku obudzi się dzień
gdy uśmiech wzejdzie znad poduszki

prognoza na dziś:
ciepło twoich ramion
prawdopodobnie utrzyma się na zawsze
według ekspertów
to jakiś fenomen

***
jesteś jestem
jesteśmy
antypody wyobraźni dryfują  w poprzek prądu
ku sobie wyciągają dłonie
tak pragnę tak pragniesz
pragniemy
zatopić w sobie głodne oczy
zerwać jabłko z drzewa
nakarmić sobą sny
ocaleć od potępienia
w sobie zapisywać sens



***
zaskoczenie
że to takie normalne
jak ciepła gorzka herbata
nawet bez cytryny
byle w kubku
o właśnie
z twoim zdjęciem
smakuje nadzwyczajnie
i każda kromka chleba
tak łatwo dzieli się na pół

nie myślałam
że to właśnie tak- spokojnie
i nawet łzy
to tylko trochę soli
w uniesionym kąciku ust

***
mojej tęsknocie
wyrosły skrzydła
zaplotła warkocze
i w letniej sukience
wygląda jak śliczna dziewczyna

wczoraj poszła na spacer z kotem
i liczyła gołębie
na białym niebie
dziś jadła czereśnie
kołysząc się na huśtawce

w rytmie wyliczanki
coraz bliższa
swoich marzeń
macha drobnymi stopami

„Dla mojej matki”

szczupła mała dłoń nad kołyską
ze zmęczenia opuszczona głowa
oczu błękit drzemie w kreskach kurzych łapek
i ten cichy ciepły głos
w nucie kołysanki

pochylone twoje plecy
w jasnych włosach srebrem malowana skroń
tak dobrze widzieć siebie w twoich oczach

w łańcuchu pokoleń
gdzie twój cień powoli coraz krótszy
mój tuż za
a jednak nigdy już
w jeden się nie połączą


2 komentarze:

  1. Nie do końca przemawia do mnie poezja ale hmm przeczytać czasem coś można ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, byle tylko się nie zmuszać. :)

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie choć kilka słów w komentarzu. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...