poniedziałek, 15 czerwca 2015

Anna Ignatowska „Dziennik pokładowy, czyli wielodzietnik codzienny” - recenzja przedpremierowa, patronat Czytelniczego zacisza



Dziecko jest źródłem nadziei. Mówi ono rodzicom o celu ich życia, reprezentuje owoc ich miłości. Pozwala również myśleć o przyszłości.
Jan Paweł II, Castel Gandolfo 1979 [1]

Kiedy Anna Ignatowska, wówczas mama czwórki dzieci: Wiktorii, Antoniego, Zuzanny i Franciszka, zaczęła pisać swój internetowy dziennik, nawet w najśmielszych marzeniach nie spodziewała się, że za kilka lat trafi on do czytelników w formie tradycyjnej książki. W tym czasie w życiu jej rodziny zmieniło się wiele. Przede wszystkim pojawiły się najmłodsze pociechy, skrajne wcześniaczki, Maja i Misia.

Na samym początku były to, jak pisze autorka we wstępie notatki z wydarzeń, może nieco zwariowanej, ale zwyczajnej polskiej rodziny wielodzietnej. To jest tak: mama czwórki dzieci – czyli ja – prowadzi pamiętnik, w którym opisuje, jak wygląda pozornie szara codzienność. Jest normalna, powszednia, ale pełna anegdot, wspomnień i humoru, problemów i porażek [2]. Pisała je na Facebooku.

Te internetowe zapiski ewoluowały, kiedy to pojawiły się siostrzyczki Maja i Misia. Wtedy to rodzi się codzienny Dziennik pokładowy [3] i w końcu Anna Ignatowska zamienia facebookową ścianę na blog pokladowy.pl. Wkrótce okazuje się, że zapiski mamy sześciorga dzieci są chętnie czytane nie tylko przez rodzinę i bliższych czy dalszych znajomych autorki. Liczba wejść na bloga rośnie z miesiąca na miesiąc. Coraz więcej osób zaczęło namawiać  Annę do spróbowania wydania tych zapisków drukiem. I ten dzień wreszcie nadszedł!

Autorka postanowiła uchylić drzwi do swojego codziennego świata i zaprosić do niego czytelnika. A jest to świat dla niej pewnie zwyczajny, a dla wielu z nas – całkowicie niecodzienny. Nie da się ukryć, że w dzisiejszych czasach wielodzietność to coś niemal egzotycznego, prawie niespotykanego. I ja nie mam zresztą o tym zbyt wiele pojęcia, bo sama wychowałam się „tylko” z bratem, a moja córeczka Karolinka jest i już pozostanie jedynaczką.

Niestety większość z nas doskonale wie, jak postrzegane są w społeczeństwie rodziny wielodzietne. Wielodzietność kojarzona jest z patologią, a w „najlepszym” wypadku  z biedą z nędzą i nieodpowiedzialnością rodzicieli.

Wielodzietność zawsze jest powodem… Staruszka uznała za stosowne mi współczuć, że mam tyyyyle dzieciaczków i problemów (...), że ona chętnie mnie wspomoże z Caritasu kościelnego… Musiałam mieć strasznie głupią minę, mówiąc, że i radości dużo, bo zaczęły nam się przyglądać większe ilości oczu wychodzących z orbit (...) Z pewnością ja tak nikomu nie zrobię! To pewne! Ma pani dzieci, to pewnie przymieracie głodem, ble, ble, ble, pani przyjdzie, damy grochówki. I worek ciuchów z ciuchlandu. No tak – zapomniałam odpowiednio nas wystroić… ale oblecunek był całen i czysten [3].

Pora obalić ten krzywdzący mit! Oczywiście bez koloryzowania i fałszowania rzeczywistości.  Pokazać, że wielodzietność to przede wszystkim dużo radości i miłości. Kiedy czytałam zapiski Anny, uśmiechałam się i wzruszałam na przemian. A czasem… po prostu śmiałam się do łez. J Muszę przyznać, że niekiedy czułam też malutkie ukłucie zazdrości (takiej pozytywnej): uświadomiłam sobie, że takie czy podobne życie nie będzie udziałem mojej rodziny spod znaku „2+1”. J

Z tym śmianiem się do łez to najprawdziwsza prawda. No bo czy można zachować kamienną twarz np. pod koniec czytania tego fragmentu?:

Ojciec siada i z zafrasowaną miną stwierdza, że oto właśnie dopadła go jego dziwaczna przypadłość.
– Ooo, teraz to właśnie mam, takie dziwne zdrętwienie, jakbym się spocił… jakby mokre było w tym miejscu. Hmmm… ale tylko w jednym miejscu na plecach.
– Pokaż, spojrzę – byłam bardzo ciekawa, czy faktycznie się spocił. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu faktycznie był mokry. Mokra plama wielkości grejpfruta ciemnym plackiem odznaczała się na koszulce. – Faktycznie masz mokrą plamę na łopatce! Ale tylko w tym miejscu. Niemożliwe, żebyś się tak spocił.
Jego wyraz twarzy mówił coś w rodzaju: „O maaatko, mam dziwną, najpewniej ciężką chorobę, niewykrywalną i być może śmiertelną! Umrę w męczarniach”. Znany z hipochondrii małżonek mógł w każdej chwili stracić przytomność, więc trzeba było przyspieszyć śledztwo.
– Mokre mam na pewno, czuję dokładnie w tym miejscu, którego dotykasz – powtarzał jak mantrę, a wyraz jego twarzy zaczynał nosić znamiona rodzącej się paniki (…) Pewnie moja mina mogła być podobna, acz bardziej refleksyjna i kontemplacyjna, może ciut konfabulacyjna, zawadiacka, mieszanina… gonitwa po znanych schorzeniach wieku średniego… coś w podobie do „wtf”. Gdyby nie powaga sytuacji i jego strachliwość, pewnie krzyknęłabym coś w stylu: „O Boże, to krew!”. Ale tym razem i tak bliski był zawału. Przyjrzałam się jeszcze raz jemu, plamie na plecach, rzut oka na koc, na którym leżał… Mokra chusteczka do pupy… mówiła wszystko. Będzie żył! Dawno się tak nie uśmiałam :-D” [4].

Czytając tę książkę poznajemy zatem te codzienne i mniej codzienne rozterki i radości pełnoetatowej mamy kilkorga dzieci i oczywiście żony swojego męża, który to od początku kibicował żonie w raz podjętym postanowieniu wydania książki. To on, z zawodu informatyk, pomógł swej kobiecie w założeniu bloga.

„Dziennik pokładowy” to nie tylko opis relacji w rodzinie, ale też relacji z Bogiem. W pamięć zapadł mi szczególnie opis wschodu słońca w dniu narodzin Calineczek: 

Spojrzałam przez okno. Pomyślałam: „Boże, jesteś tu przecież – pomóż mi!”. Wzeszło słońce. W tej właśnie sekundzie. Zupełnie jak na zawołanie, szybkim ruchem wsunęło się między gałęzie drzewa, niebo zmieniło barwy. Słońce wyglądało jak piękna, jasna, złocista, świecąca Hostia, a drzewo jak surowa, niezmiennie piękna brązowa monstrancja. Usłyszałam, że coś do mnie mówią.
– Słyszy pani!?
– Tak, jak pięknie… niech pani zobaczy.
– Co jest pięknie? – powiodła wzrok za moim. – O matko! Jaki piękny widok! Zobaczcie! Wszyscy spojrzeli w okno i zachwycili się tym samym – moim widokiem, moim widokiem. Obietnicą, że On jest. Wspiera. Czuwa. Kocha… [5].

Debiutancka książka Anny Ignatowskiej, wzrusza, bawi i uczy. Przypomina też, co tak naprawdę w życiu jest najważniejsze: pogłębianie relacji z bliskimi i cieszenie się każdym spędzonym wspólnie dniem. W codziennym zabieganiu tak wiele nam może przecież umknąć. A czyta się ją w tempie ekspresowym, tak przynajmniej było w moim przypadku. Spora w tym zasługa samego stylu pisania autorki, która posługuje się barwnym i jednocześnie przystępnym językiem. Przejęłam też od Anny oryginalne zamienniki słów „powszechnie uważanych za obraźliwe” jak: urwał nać, do larwy przędzy czy kuria stać. J Jakie pomysłowe, prawda? Treść wzbogacają wyjątkowe ilustracje wykonane przez czwórkę dzieci autorki Dziennika.

Gorąco zachęcam czytelników do zapoznania się z tą lekturą. Cieszę się, że Czytelnicze zacisze jest jednym z patronów medialnych „Dziennika pokładowego”.

Przypisy:
1. Anna Ignatowska, „Dziennik pokładowy, czyli wielodzietnik codzienny”, Warszawska Firma  Wydawnicza, Warszawa 2015, s. 7
2. Ibidem, s. 7
3. Ibidem, s. 8
4. Ibidem, s. 200
5. Ibidem, s. 250-251
6. Ibidem, s. 120.

Więcej o autorce przeczytacie tutaj, zapraszam Was też na jej fanpage.

Książkę od 16 czerwca możecie kupić m.in. tutaj i tutaj


6 komentarzy:

  1. Ciekawa recenzja, wzbudzila we mnie czytelniczy glod. Pani Doroto wszystko przed Pania, jest jeszcze adopcja. Tyle dzieci juz istnieje i czeka az ktos je pokocha. Swoja droga moze jakas mama adoptusiowa pokusi sie o taki dziennik, tez zlamie troche stereotypow.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz. :) Stereotypy robią innym sporą krzywdę. I tak naprawdę prawie każdy z nas jest narażony na takie zaszufladkowanie: rodzina wielodzietna - bieda, nieodpowiedzialność, nieznajomość antykoncepcji, rodzina 2+1 - egoizm rodziców, robienie krzywdy jedynakowi i wychowywanie go na jeszcze większego egoistę. Na temat rodzin adopcyjnych czy np. samotnego macierzyństwa też krąży wiele stereotypów. Temat rzeka niestety. A przecież w większości to wszystko to są normalne, kochające się rodziny, nieważne czy to 2+6, 2+1 czy 1+1. :) Czasem to decyzja rodziców i trzeba ją uszanować, czasem nie. P.S. Bardzo chętnie przeczytałabym też dziennik mamy adoptusiowej. :)

      Usuń
  2. Trafiłam tutaj ze strony Kobieta w Kościele, gdzie udostępniono wpis. Szkoda, że o takich książkach jest tak mało w mediach, ciągle tylko jakieś "Zmierzchy" i "Greye". O tych ostatnich to jest głośno...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Staram się jak mogę zareklamować książkę nie tylko na blogu, facebooku, ale też wśród moich znajomych. Z uwagi na to, że została wydana ze współfinansowaniem, a nie przez tradycyjne wydawnictwo, na jej temat mało się pisze i mówi.

      Usuń
  3. Witam
    Do przeczytania recenzji skłonił mnie konkurs :) Zazwyczaj omijam takie blogi jak Anny Ignatowskiej, gdyż nie jestem tak do końca pewna, czy osoba prowadząca jest naprawdę szczera w swoich myślach, słowach na blogu - przecież wszystko co pisze jest poddane krytyce ludzkiej, a ona afiszuje to swoim nazwiskiem. Z pewnością, gdybym miała blog, pisałabym pod "pseudonimem". Nie ze strachu przed krytyką, ale po to aby nic mnie nie krępowało w wypowiadaniu swoich poglądów. Ktoś by powiedział, że to tchórzowskie, ale krytyka a hejt w dzisiejszych czasach to dwie różne sprawy - ja boję się hejtu, nie mam tak wytrzymałej psychiki. Obecnie hejt wzbudzają nawet niewinne poglądy. Dlatego za to podziwiam Annę Ignatowską.
    Rozbawiły mnie fragmenty jej debiutu, gdyż w niektórych rozpoznałam swoje życie rodzinne i swego męża :) Napisane bardzo ładnym językiem
    Pozdrawiam, Dorota Kalinowska

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani Doroto, dziękuję za obszerny, cenny komentarz. :) Myślę, że Autorka chętnie wypowie się na ten temat. Ze swojej strony mogę napisać, że z pewnością są to i tak wybrane "wycinki" z rzeczywistości, nie odkrywa swojego rodzinnego życia całkowicie. W sumie ja również udzielam się tu pod swym imieniem i nazwiskiem, a w recenzjach niejednokrotnie piszę o swoich mocno osobistych odczuciach, ale to jednak nie to samo. Co do hejterów - oni niestety zawsze będą. Są aktywni szczególnie wówczas gdy blog jest popularny. Wtedy pojawia się ból miejsca, gdzie plecy kończą swoją szlachetną nazwę, nic nowego w sumie. Cieszę się, że fragmenty książki Panią rozbawiły. Pozdrowienia! :)

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie choć kilka słów w komentarzu. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...