wtorek, 30 sierpnia 2016

Spotkania z poezją: Agnieszka Wielgopolan



W niedzielę zdradziłam Wam, że obecnie zachwycam się twórczością Agnieszki Wielgopolan. Nadal trwam w tym zachwycie. Kocham świat pani Agnieszki, jest w nim miejsce dla szarego jak gruda ziemi skowronka, nocy pełnej gwiazd i… domowego skrzata. Zafascynowała mnie właśnie także dlatego, że dużo w jej wierszach naszej polskiej ludowości i wierzeń słowiańskich. Ale nie tylko... Mam nadzieję, że i czytelnikom mojego bloga przypadnie do gustu jej twórczość.

Najpierw kilka słów o samej poetce. Ta opowieść jest równie piękna jak jej wiersze, dlatego też przytaczam ją w całości. Posłuchajcie, a raczej poczytajcie… Aha! Wstyd się przyznać, ale dopiero w wieku 32 lat dowiedziałam się, dlaczego naprawdę piraci nosili opaskę na oku. Pani Agnieszko, dziękuję, tyle długich lat żyłam w niewiedzy. Aż wstyd. :) A wracając do słów pani Agnieszki...


“Piszę odkąd zaczęłam czytać. Czyli już dość długo. Nie na darmo mówi się, że aby pisać, trzeba czytać. Zgadzam się z tym jak najbardziej. Zaczęło się od dziecięcych, nieporadnych bajek o smutnych dziewczynkach, z których każda stawała się księżniczką oczywiście. I o dobrych wróżkach spełniających dobre sny.

Po paru latach pod wpływem czytania opowieści awanturniczych, podróżniczych i westernowych powstawały kilkustronicowe historie w takim właśnie stylu. Wszystkie łączyło to, że trup ścielił się gęsto i bez większego sensu, no ale byłam przekonana, że o to właśnie chodzi. Wtedy też marzenia o byciu księżniczką ustąpiły marzeniom o staniu się wielkiej sławy piratem nawet za cenę utraty oka. Później dowiedziałam się, że żadnemu z moich idoli ani jednego oka nie brakowało i że źródło tych opasek było całkowicie bezbolesne. Taki cios w samo dziesięcioletnie serce.

Nastoletnie czasy to pamiętniki. Pewnie nikt nie był na tyle silny, by się im oprzeć. O nich nie warto wspominać - w końcu niedobrze by było, gdyby wypłynęły dane wrażliwe pierwszych zauroczeń a szczególnie koleżanek, które miały czelność te zauroczenia podzielać, a którym to koleżankom złorzeczyło się na kartkach pamiętników niczym przysłowiowy szewc.

Teksty poetyckie zaś (nie tylko wiersze) przyszły już w dorosłym życiu. Przyszły z ciszy i w ciszy. Zaskoczyły. Myślałam, że wystarczy patrzeć, widzieć, przeżywać we własnym sercu, cieszyć się czy płakać dla siebie tylko. Zapewne wystarczy i nie jest to mniej warte niż wiersz, tylko że czasem nie wiadomo co każe pisać, pisać, pisać... I wtedy staje się poezja. Tak samo dzieje się w przypadku białego płótna chłonącego krzyk malarza. Dopiero jedno z drugim daje efekt widoczny nie tylko dla samego twórcy. A jeśli okazuje się, że ten efekt jest tak bardzo bliski także innym, to dzieje się magia, wieź, porozumienie... Cóż, że inni nie potrafią namalować tak pięknego obrazu, stworzyć porywającej muzyki czy w paru strofach zamknąć myśli? Potrafią tak samo odczuwać, myśleć, więc dlatego właśnie warto tworzyć. Dla tych paru osób, które są jak my.

Natchnienie przychodzi zewsząd. Czasem wystarczy włączyć radio i posłuchać wiadomości, zamilknąć a potem już tylko wykrzyczeć żal, gniew, niezrozumienie... Tak było m.in. w przypadku "Placów zabaw". Czasem przyjrzeć się czarnemu kotu na płocie - "Filozofia naiwna czarnego kota" czy grzejąc się przy kominie z filiżanką mięty spoglądać na stojące za oknem jesiony - "Wspomnienie wczorajszego dnia". Czasem obejrzeć film o Vincencie i rozpłakać się na koniec - "List z Arles". A jeśli zobaczy się podręcznik do liceum zatytułowany  fragmentem wiersza "Przeszłość to dziś", można napisać "Szantę umarłych". I tak dalej, i tak wciąż. Wszystko ma swój początek. Końcem jest wiersz. Ależ złota myśl! Ha ha!

Na to moje pisanie wpływ ma również ludowość. Często do moich drzwi pukają niezapowiedziani goście: płanetniki, latawce, wodniki, topielice, ubożęta. Zdarza się, że i jaka strudzona wiedźma czy czart z rosochatej wierzby. Jak ich nie przyjąć? Nie da się i wcale nie chcę im odmawiać gościny. W końcu to moi ziomkowie z jednego boru. Znają mnie od dziecka i pewnie nie raz zaglądały w te bajki o smutnych dziewczynkach, na których drodze zawsze zjawiała się dobra wróżka. Nie raz pewnie ocierały łzy a w ciemnym od strachu ogrodzie szeptały - nie bój się, jesteśmy obok jak księżyc. Nie trać nadziei, dopóki on chce powracać”.

Poetka jak na razie nie wydała własnego tomiku, ale kilka lat temu sześć jej utworów pojawiło się w zbiorczym wydawnictwie pt. “Słońcem Pisane”. Zebrano tam wiersze nawiązujące do wierzeń słowiańskich i do bliskiej nam ludowości.

A oto utwory pani Agnieszki:

"Posłuchaj ptaków"

Świt
Pierwsze promienie słońca wyłaniają się spoza tafli jeziora. Szary, jak gruda ziemi, skowronek podrywa się pod niebo.

Czas powracającego słońca. Jak dobrze wiedzieć, że jest. Istnieje od tak dawna, jak ciepło, jasność i życie. Nie opuściło Ziemi mimo chłodu, ciemności i śmierci. Powraca każdego dnia niezniechęcone mrokiem. Choć i cichy mrok jest dobry. I śmierć, kiedy pozwala odpocząć przed nowym życiem. I śmierć... Lecz póki co - jest ranek, słońce wyłania się z zimnej tafli jeziora, spogląda na ziemię stęsknione od wczoraj. Wita tych, co dziś się budzą jak co dzień; promieniem bladym gładzi tych,co dziś już zbudzić się nie mogą. Dziś już nie. I dziś nie jeszcze. Skowronek szary, jak gruda ziemi, poderwał się do nieba i śpiewa słońcu, które jednak nie odeszło, choć przecież tyle ma powodów, by zostawić wszystko i zniknąć bezpowrotnie. A jednak wraca nie zniechęcone człowiekiem. Widzi i rozumie więcej niż człowiek. A może to od niego uczy się wciąż na nowo blasku, ciepła i życia? I odpoczynku w cichym mroku. Zanim znów powróci... Pokłońmy się słońcu i jego okiem spójrzmy czasem na człowieka.

Dzień
Znad ściany lasu podrywa się ptak. W gorejącej tarczy słońca kreśli znaki te same od wieków.

Słoneczny ptak. Zapatrzony w ognistą tarczę tak samo, jak te, które były tu przed nim. Sokolim lotem dotyka nieba i widzi człowieka  trzymającego się z całych sił ziemi . Byle tylko nieba nie dotknąć. Byle w niebo nie spojrzeć. Bo cóż, jeśli wpatrzony w jasność słoneczną wzrok straci? Cóż, jeśli już na zawsze kręgi w oczach słońce kreślić będzie i ziemi człowiek już nie zobaczy?
- Spójrz na mnie - woła ptak - patrzę w słońce od wieków, a jednak wciąż wracam na ziemię, bo tylko tutaj żyć mogę. Dziś tylko tutaj. Przypomnij sobie tych, co - w słońce tej ziemi zapatrzeni - serca jej  oddali.
I lotem swym, na błękicie, pisze słowa-pozdrowienia, które Bogowie tej ziemi ślą swemu ludowi. Niezmienne i wierne od wieków.

Zmierzch
Z zachodniej strony świata nadlatują dwa kruki.

Smutna pora, gdy odchodzi słońce i kończy się dzień. Bo czy pewność mieć można, że powróci? Przyzwyczajenie każe myśleć, że tak będzie. I jeśli nawet będzie, to nie dla wszystkich. Każdy kiedyś wejdzie w cichy mrok, by w nim spocząć przed nowym życiem. Czarnopióre ptaki przynoszące złe wieści, nawet patrzeć w ich stronę niepodobna, nawet słyszeć posępne krakanie - strach. Dlaczego nie zostawią ziemi skowronkom i sokołom? Dlaczego, kiedy tylko dzień odchodzi, powracają znad ciemniejącej ściany lasu, by lotem swym zaciemnić niebo?
- Nie bój się mroku, spójrz na niego jak patrzysz w blask - zdają się krzyczeć. - I dzień, i mrok istnieją dla człowieka. A my - smutne ptaki śmierci - jesteśmy braćmi skowronków budzących świat i sokołów wzbijających się w słońce dnia. Nie bój się naszych piór najczarniejszych i głosów zachrypłych od łez. Przynosimy pozdrowienia tych, co po drugiej stronie czekają, by znowu przybyć, odnaleźć was w życiu, a kiedy już odejdziecie, zapłakać po was, jak my. Bo choć życie to krąg i śmierci nie ma, potrzeba łez...

Noc
Na dachu uśpionego domu przycupnęła sowa.

- Cii... nie powiem ani słowa, byście nie myśleli, że śmierć wam wieszczę swym głosem. Śpijcie. Odpocznę przy was chwilę, zanim udam się w dalszą drogę. Może dziś wreszcie zrozumiem wszystko i dzień odnajdę? Bo choć mówicie o mnie - mądra, znam tylko noc, a w mądrości mej smutnej wiem jedynie, że nigdy nie usłyszę skowronka budzącego ziemię, kiedy wstaje słońce.
Na cóż żywym chmurne ptaki, których słyszeć nie chce nikt? Lecz któż w większej ciszy potrafi unieść na kraj świata odchodzącą z ziemi duszę? I któż, tuląc ją miękko, potrafi dać nadzieję na powrót w słońcu dnia? I pewność, którą tylko umarli mają...

"List z Arles" (na melodię "Starry night" Dona McLeana)

Choć noc pełna gwiazd,
błękit złamał szary kpiarz,
złotą maskę z duszy zdarł,
by mrok, co ukryć chciałem ujrzał świat.
Świat wzgórza widzi cień ,
czarny szkic to drzewa szkic,
i zimy chłód nie znaczy nic,
kolorów krzyk biel płótna stłumi znów.

Piszesz mi - "już wiem,
co mówiłeś wtedy mi,
kiedy powiernikiem były ci
w cichych płótnach zatrzymane sny..."
Cóż, Arles nie dano nigdy nam;
za późno nadszedł list.

Choć noc pełna gwiazd,
Kwiatów blask przysłoni je,
spoza chmurnych myśli mgieł
może wreszcie dziś twe oczy ujrzę gdzieś.
Gdzie drogę znaleźć mam?
Czy skryła się w bursztynów źdźbłach?
Czy w twarzy czyjejś znajdę znak
i na rozstaju innych dróg czy spotkam nas?

Piszesz mi - "już wiem,
co mówiłeś wtedy mi,
kiedy powiernikiem były ci
w cichych płótnach zatrzymane sny..."
Cóż, Arles nie dano nigdy nam;
za późno nadszedł list.

To nie był nasz czas
na życie, i miłość, i śmierć,
nie dano nam szans na spacer wśród gwiazd tamtego Arles.
Irysów bukiet mogę dać ci tylko tak.
Nasz stolik na tarasie
nigdy przecież, nigdy nie był nasz.

Noc znów pełna gwiazd
tak jak wtedy, przecież wiesz.
Mijam ludzi, których znam
tych, co żyją w cieniach moich barw,
lecz ciebie nie ma w nich,
bo czas złośliwy śmiał się w twarz
i róża zwiędła, słonecznik zgasł,
gdy butów starych zniknął z ziemi ślad.

Piszesz mi - "już wiem
co mówiłeś wtedy mi..."
Tak, oszukam czasu bieg
odchodząc w ten lipcowy dzień,
by czekać na gwiaździstszą noc
gdy czas zapętli się...

"Co było pierwsze"

Co było pierwsze - jajo czy kura?
drzewo czy owoc? przepaść czy góra?
chaos czy słowo? mrok czy też blask?
głębia? przestworze? przestrzeń czy czas?

Co było pierwsze - cisza czy burza?
ogień czy morze? ciało czy dusza?
jedność czy mnogość? stałość czy pęd?
ogrom czy małość? życie czy śmierć?

Co było pierwsze - wiara? wątpienie?
zwycięstwo? klęska? jawa czy śnienie?
miłość? nienawiść? uśmiech czy gniew?
niewola? wolność? pokój czy krew?

Co było pierwsze? - pytałem ciebie.
Co będzie potem? - żadne z nas nie wie.
Gdy nas nie było - gdzie błądziliśmy?
Gdy nas nie będzie...?
Kiedyś byliśmy.

"Piosenka o placach zabaw"

W każdym mieście i nie mieście
W każdym kącie tego świata
W każdej lichej mysiej dziurze
Na świeczniku
Place zabaw ktoś wymyślił
W czyn wprowadził to co wyśnił
I już każdy z każdym może bawić się

Plac Pigalle, Tiananmen
Chcesz czy nie - bawisz się
Place de la Revolution
Kto Charlotte? Kto Danton?
Na Płoszczadzi Krasnej
Ktoś i dziś bawi się
Placów sto zna ten świat
Zwycięstw, klęsk - taka gra

Tu agory a tam wiece
Demonstracje targowiska
Tu figurki jeszcze stoją
Tam upadły
Tu przemawia ktoś gorąco
Tam się śmieje jakoś drwiąco
Wśród oklasków cichy kamień z tłumu mknie

Plac Pigalle, Tiananmen
Chcesz czy nie - bawisz się
Place de la Revolution
Kto Charlotte? Kto Danton?
Na Płoszczadzi Krasnej
Ktoś i dziś bawi się
Placów sto zna ten świat
Zwycięstw, klęsk - taka gra

Tu ktoś biegnie byle prędzej
Może tamten nie dogoni
Jak dogoni czyjś los ścianą znów się skończy
Tu Hiszpański w niebo schody
Tam wisielce, gdzieś szafoty
Tak na placach świata przyszło bawić się

Plac Pigalle, Tiananmen
Chcesz czy nie - bawisz się
Place de la Revolution
Kto Charlotte? Kto Danton?
Na Płoszczadzi Krasnej
Ktoś i dziś bawi się
Placów sto zna ten świat
Zwycięstw, klęsk - taka gra

"Filozofia naiwna czarnego kota" - I

Kot - cichy kłębek czarnych myśli zasnął na mych kolanach.
Stary fotel skrzypiącym głosem opowiada kolejną historię.

Znowu bujasz - myślę, lecz tak trudno nie wierzyć w opowieści o szczęściu.

Zmrużona zieleń mruczy czernią zachłanną:
Nie wierz mu.
Nie pierwszy raz tu żyję.
Innego szczęścia nie ma.

"Filozofia naiwna czarnego kota" - II

Kot znów patrzy.
Może dziwi się, że człowiek może mieć kocie oczy i mruczeć z zadowolenia?
Mruczymy więc siedząc na płocie i sypiąc skry dokoła.
Tacy sami.

Różnimy się tylko troszkę.
On jest mądry - żyje nie pierwszy raz.
Tłumaczy mi wciąż od nowa cierpliwie, że jutro nie nadejdzie koniec świata,
by zabrać nasz płot,
zieleń odbitą w oczach,
złote skry spadające na ziemię nie wiadomo - mocą nieba
czy starego grzebienia...

"Filozofia naiwna czarnego kota" - III

Chodź, pokażę ci drogę - rzekł kot patrząc przez ramię.

Czy możliwe, by odnalazł to, czego ja wciąż jeszcze szukam? Bywają chwile, które na przekór zdziwieniu nie dziwią.
Nie zdumiewa więc, że kot zna moje myśli ani to, że mówi językiem, który rozumiem.

Idziemy.
On - przewodnik, mistrz.
Ja - jego uczeń.

Rozdroże.
I cóż kocie?
Gdzież droga, którą miałeś mi wskazać? - uśmiecham się z sarkazmem.

Mistrz znów jest tylko kotem.
Lecz on, raz jeszcze skrywszy mądrość w zielono zmrużonym spojrzeniu, niebosiężne drzewo za drogę obiera i w niebie znika.

Czekam, kiedy powróci.
Tą samą drogą.
Kolejny raz.

"Wspomnienie wczorajszego dnia"

Wczoraj o tej porze siedziałam przy kominie.
Z domowym skrzatem piliśmy napar z mięty z ostatniego lata. Opowiadał stare historie jak zawsze, kiedy się spotykamy.
O tym, jak mieszkał pod korzeniami tego jesionu z naprzeciwka. Wtedy, gdy domu jeszcze nie było.
Jak o wiosennym świtaniu z wierzbowych gałązek zbierał krople rosy, nim ziemi dotknęły. Na pamiątkę - tak mawiał jego dziadek.
Wspominał upalne lipce i twarze tamtych pszczół zapodzianych wśród ziół nieopodal nieistniejącego jeszcze wtedy domu.
- Mięta pachniała jak dziś - uśmiechnął się upijając kolejny łyk z filiżanki - i miód. Miód smakuje tak samo jak tamten, którym za cerowanie pajęczą nicią starganych skrzydeł, dziękowały nam pszczoły. Spróbuj jeszcze - na ciemnozielonym liściu zamigotało kilka złotych drobin.
- Jesienie były rdzawe od drzew. Szukałem liścia, którego tylko dłoń wiatru dotknęła. Chciałem podarować go człowiekowi, z którym kiedyś zetknie mnie czas i miejsce, i kilka tych samych myśli wypowiedzianych na głos przy ciepłym kominie domu, co może obok naszego jesionu wyrośnie.
Mówił jeszcze o tym, jak co dzień na grzbiecie oswojonego zimorodka mknął z biegiem pozamarzanego gdzieniegdzie strumienia zbierając skrzące promienie słońca na zaś, jak mawiali jego przodkowie.
- Bo kto wie czy nie przyjdzie czas, gdy w mroku potrzeba będzie światła przeszłego promienia - wyjaśnił.
Długo jeszcze siedzieliśmy oparci o ciepły komin słuchając skrzypiec świerszczy zaszytych na strychu starego domu, co tamtego wieczora wyszły z zapomnianych kątów, by wraz z nami wspominać wczorajszy dzień.

A ponieważ już po północy, więc można i coś 18+

"Szanta umarłych"

Pijcie za nas bracia żywi, póki żywi bracia - za nas.
Pijcie duchem gorejącym za każdą z dusz, co gorzała.
Pijcie życie i śmierć pijcie, śmierć i życie – nasze, wasze,
Pijcie dziś, bo jutro czymże? Jutro? Dziś - cokolwiek dalej.

I zapiszcie w chmurnym niebie myśl z tych chmurnych niebu miłą.
I wyryjcie w falach morza czyn nasz. Może fale przyjmą?
I wyryjcie w szarym głazie nasze imię w głazie szare.
I zapiszcie, bo dziś czymże? Wczoraj, lecz cokolwiek dalej.

Żyjcie bracia nasze życie. Nasze, wasze, mądre, durne...
Żyjcie ogniem gorejącym, bałtną falą, niebem chmurnym.
Żyjcie głazem... Kto żył wczoraj, jutro wpisze imię wasze.
Żyjcie bracia! Bo śmierć czymże? Życiem choć...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie choć kilka słów w komentarzu. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...